Rozdział 10
….Van nic
nie powiedziała, ale z zakłopotaniem na twarzy wybiegła z domu Lynch’ów. Ja nic
nie mówiąc pociągnęłam Rikera za rękę do jego pokoju. Kiedy zamknęłam drzwi
zaczęłam mówić.
- Riker…. No
nie wiem jaki ci to powiedzieć, ale no….- mówiłam cały czas z zakłopotaniem. Nie
wiedziałam jak mu to wytłumaczyć.
- No mów
dalej, dalej. Come on!- pośpieszał mnie Rik.
- Nooooo……
Van wybiegła tak nagle dlatego, że nie wiedziała co ci powiedzieć, ponieważ
ona…………. Ona ma chłopaka Johna, którego bardzo kocha, a ja nic nie mówiłam bo
ona nie chciała żebyś się dowiedział, ale na pewno powiedziałaby ci, że ma
chłopaka jak dowiedziałaby się co chcesz jej powiedzieć i wyznać.- zakończyłam
swój monolog, a Rik rzucił kwaty na podłogę i wybiegł z pokoju do łazienki
zamykając się. Stałam tam chyba z 4 godziny
i dobijałam się do Rika, aż nie przyszedł Ross w sumie to po raz chyba
100.
- Daj sobie
spokój, on tak czy tak nie wyjdzie on tak ma. – mówił Ross odciągając mnie od
drzwi wspomnianego pokoju, ale ja nie dawałam za wygraną. On trzymał mnie za
rękę a mi udało się wyrwać. Niestety Ross był za szybki, z prędkością światła
złapał mnie od tyłu w talii.
-Ross! Ale
on nie daje żadnych oznak życia ani odgłosów, szmerów niczego od 4 godzin. –
powiedziałam i rozpłakałam się. Nawet nie wiem dlaczego chyba dlatego że
jesteśmy ze sobą wszyscy tak silnie związani od dzieciństwa że cos we mnie
pękło. Odwróciłam się do Rossa i wtuliłam się w niego.
- Ross no
zrób coś! Nie wiem wyważ drzwi. – jemu może coś się stało – pw.
-No ok,
spróbuję, ale nie martw się wszystko będzie dobrze- powiedział, pocałował mnie
w czoło i zabrał się do pracy. Za drugim razem udało mu się dobić do drzwi. To
co tam zobaczyliśmy zmroziło na krew w żyłach. Na białych zakrwawionych
płytkach leżał Rik w wielkiej kałuży krwi. Ja rozpłakałam się na dobre a Ross
tylko krzyczał żebym szybko dzwoniła na pogotowie ale widząc mój stan sam
zadzwonił. Krzyczał tak głośno że wszyscy się zeszli i też zaczęli rozpaczać i
ubolewać. Najgorsze było to że czekaliśmy tak 4 godziny. On….. on ……on może nie
przeżyć może się wykrwawić na śmierć. Ja płakałam bardzo tak jak Rydel. Od razu
jak Ross przestał rozmawiać z lekarzem, przyciągnął mnie i mocną przytulił,
pocałował. Zrobił właśnie to co powinien zrobić każdy chłopak w takiej
sytuacji. Ideał. Przyjechała karetka i zabrała Rikera był blady jak ściana.
Ratownicy nikomu nie pozwolili jechać w karetce ze względu na stań znajomego.
- Jaaa….. –
zaczął Ross – my dojedziemy potem Lau musi się uspokoić. – powiedział do Rydel,
a ona tylko pokiwała głową ze zrozumieniem. My z Rossem wróciliśmy do domu
Lynch’ów żadne z nas nie chciało wchodzić do łazienki. Ross zrobił mi ciepłej
herbaty, a ja siadając na kanapie zaopatrzyłam się w 2 pudełka chusteczek i
ciepły koc. Po chwili zobaczyłam przed nosem białą smutną czuprynkę. Jak Ross
odwrócił się w moją stronę pisnął jak dziewczynka. Ja chciałam się głośno
zaśmiać ale w tej sytuacji nie mogłam. Usiadł koło mnie a ja przesiadłam mu się
na kolana, płacząc jak bóbr wtuliłam się w niego jak w pluszowego misia. Nagle
mi się coś przypomniało.
- Ross, ty
wiesz że my jeszcze nie powiedzieliśmy i nie zadzwoniliśmy do Van!
- O Boże!
Lau! Ona się załamie mimo wszystko. – odpowiedział mi Ross.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz